Przy obróbce starych zdjęć z przeszłości Aeroklubu Podhalańskiego, najczęściej bez dodatkowej informacji, można snuć domysły na temat okoliczności ich wykonania w oparciu o historyczną wiedzę i niewiedzę – skłaniającą ku wyobraźni, oczywiście w granicach prawdopodobieństwa. To taka terapia przy sposobności, bo robota żmudna, więc niech urażliwych nie bulwersuje słowo „durny” w tytule – odnosząc się do podmiotu nominowanego Podhalańskim, wolno posiłkować się słownymi regionalizmami ; podhalański „durny” znaczy tyle co „dumny”; np. Durny to czwarty p.wzgl. wysokości (2632 m) szczyt w Tatrach.
Szybownictwo w Sądecczyźnie datuje się od 1932, kiedy w sądeckich Warsztatach Kolejowych (zdjęcia) grupa szalonych wizjonerów zbudowała kilka szybowców, a Szkoła Szybowcowa w Tęgoborzu rozwinęła się do 1939 roku imponująco. Reaktywowana w 1946 r przez przedwojennych instruktorów i ludzi dobrej woli (wśród nich patron dzisiejszego APh Leopold Kwiatkowski) mimo imponującej państwotwórczej nazwy (Ministerstwo Komunikacji - Departament Lotnictwa Cywilnego - Szkoła Szybowcowa w Tęgoborzu) żyła tylko do 1951 r.
Oczyma duszy widzę tę chwilę osobliwą. I słyszę :
Ludu latający miast i wsi !
Pod przewodnią siłą naszej partii i w ramach współzawodnictwa pracy w ciągu pięciu lat wyszkolono w Tęgoborzu 394 pilotów, wykonano 6385 lotów, uzyskano przewyższenie 3150 m, uzyskano 1 srebrną odznakę szybowcową, zbudowano 1 hangar dla 27 szybowców etc.etc.etc. …
I z wyrazami najwyższego uznania od zjednoczonego w sojuszu robotniczo-chłopskim ludu pracującego dokonujemy aktu zamknięcia szkoły szybowcowej. Niech się święci sława bohaterów pracy socjalistycznej !
Tu następuje wyłączenie mikrofonów transmisji przez Polskie Radio i głos zabiera likwidator płk Janusz Przymanowski. Tak - ten sam :
Zbiorowisko obcych idei marksizmu-stalinizmu złogów do likwidacji !
Te Jeżyki na patyki, tę Grunaukę na podpałkę! Wyciągarkę na żniwiarkę, Schulgleitery też hitlery, a pilotów do omłotów w PGR-ach, SKR-ach… Uczniowie do domu, Kwiatkowski - do kamieniołomu !
I na 5 lat nastała na Jodłowcu cisza mierzona krokami zbrojnego strażnika wokół pustego hangaru.
1956 rok przyniósł gomułkowską „odwilż”, a szybowce przeniósł z gór w doliny. Postęp. Szybowce w żywioł powietrza zaczęto wysyłać nie z pomocą gumy lecz wyciągarki lub samolotu holowniczego. Szkolenie w locie już tylko na dwusterach z instruktorem.
Powołany w miejsce szkoły szybowcowej sądecki aeroklub przyjął w nazwie przymiotnik „Podhalański”. Z Tęgoborza do granic geograficznych Podhala jest 50 km, ale granic ideowych nie wyznacza mapa, a przynależność do Podhala od stu lat nobilituje. Co prawda taką nazwą nosił już aeroklub w Nowym Targu, ale chętnie ją odstąpił, by przyjąć jeszcze bardziej górną i du...mną – Tatrzański.
Aeroklub Podhalański rozgospodarował się w bliskim Tęgoborza Kurowie, na rozległym błoniu w zakolu Dunajca. Miejsce uzyskano łatwo, bo w międzyczasie powstało sztuczne Jezioro Rożnowskie, którego cofka sięgała Kurowa i przy pełnym stanie zbiornika większą część lotniska kryła woda – w okresie jesienno-zimowym permanentnie, latem sporadycznie. Były i minusy dodatnie tej przypadłości - szczegóły na załączonych zdjęciach.
W 1960 roku urządzono jednak z pomocą wojska nowe lotnisko w Łososinie Dolnej, gdzie żaden zalew, wyłączając katastrofalną powódź 1997, nie groził. Na szumne otwarcie wylądował w chmurach kurzu samolotem Li-2 gen. Jan Frey-Bielecki, dowódca lotnictwa wojskowego, postać historycznie oceniana bardzo różnie (patrz choćby Wikipedia) za którym jednak ciągnęła się legenda o rzekomym rozkazie zbombardowania sowieckiej kolumny pancernej ciągnącej w Październiku 56 na Warszawę.
Mój kolega, który był na owym otwarciu Łososiny Dolnej, relacjonował, że generał z samolotu wysiadł samotnie, co miało sugerować, że i samodzielnie przyleciał. Potem jeszcze wylądował i wystartował odrzutowy Mig-15, łososińskie pole wzlotów było wtedy większe niż dziś, a jakie dokładnie trudno dociec, nawet załączony plan ilustruje to przedziwnie.
Z Kurowa przenoszono się niespiesznie. W I poł. lat 60-tych urządziliśmy z Limanowej w te strony kilka rowerowych wypraw na rowerach. Do Łososiny Dolnej – przez Łososinę Górną - jechało się miło, bo w dół, kawałkami nawet po tzw. „asfalcie”. Na „wielkiej łące” zamiast samolotów widać było kilka koni upadającego PGR-u, który na bramie byłego dworu wielkimi literami oznajmiał się jako „Zakład Hodowli Elitarnej Zwierząt w Łososinie Dolnej”. W Polsce Ludowej czasów siermiężnego Gomułki epitet „elitarny” był niezamierzonym (chyba) szyderstwem politycznym. Z tegoż Gomułki, który na widok prototypu zupełnie nieprzaśnej Syreny - Sport wpadł w delirium.
Tachało się więc sapiąc i częściej prowadząc rower, na Just ; obowiązkowy popas z ówczesnym widokiem rozległości błękitu wody w dolinie i szaleńczy zjazd do Tęgoborzy, serpentyna szosy miała ze trzy razy więcej zakrętów niż dzisiaj. I dalej na lotnisko za długim mostem kurowskim, już na miejscu dobrze było ukłonić się znanemu z widzenia szefowi aeroklubu i zapytać czy można ?
Pozwalał pooglądać z bliska, a nawet pomacać.
I tyle słów na niedzielę jutrzejszą, zanudzonych przepraszam, wyrozumiałym dziękuję.
Zb. Sułkowski