15 sierpnia w Łososinie na zdjęciach Michała Wojtasa

Michał Wojtas z Limanowej jest nauczycielem fizyki, a fotografia zajmuje go od dawna, nawet przez jakiś czas prowadził zakład fotograficzny. Fotografuje góry i generalnie krajobraz, najchętniej o świcie, oraz kolej, ze szczególnym upodobaniem tę parową w Polsce i za granicą. No i rzecz jasna docenia tematykę lotniczą czy to z ziemi, czy z powietrza. Dysponując  dobrym sprzętem, ma w dorobku wiele tematów  fotografiki nocnej, która bywa rodzajem artystycznego reportażu, kiedy zmienność efektów świetlnych następuje w ułamkach sekundy.
Jak podczas nocnego  air show w Łososinie Dolnej.

Na winietce “Wrona” z 1932 zrekonstruowana przez p. Gruchalskiego startuje w Łososinie na holu za samochodem

 

2026-08-18
Jubileusz APh - Łososina Dolna 15 08 2026

Pokazy lotnicze budzące masowe zainteresowanie aż do początku obecnego stulecia, zaczęło maleć w drugim dziesięcioleciu, co wydawało się procesem naturalnego przesytu i rozwojem szerokiej oferty innych atrakcji, w tym różnych form zabawy virtualnej. Dlatego cieszy trend wzrostu frekwencji na imprezach lotniczych, a wielkość widowni w upalny dzień 15 sierpnia w Łososinie Dolnej można było mierzyć w hektarach.
Ale i było co podziwiać – blok pokazów w powietrzu rozpoczął się o 12.00 i trwał bez przerwy (z krótkim oddechem na godzinny koncert Francesco Napoli) do 22.30)
Szczegółowa fotorelacja skromnie poniżej tekstu, a znacznie bogatsza w dwóch kolejnych prezentacjach zdjęć z tego dnia Jubileuszu 70- lecia. A działo się … !!!
Autorami fotoserwisów są Dorota Kowalska i Michał Wojtas, oboje z Limanowej, a w sztuce swej biegli. Ich zdjęcia, z dyskretnym komentarzem miejscami, mówią same za siebie. 
Zachęcam do oglądnięcia.

ZbS

2026-08-17
Łososiny dwie - a nawet trzecia

Najpierw była … nie ! Najpierw były łososie. Z północnych obszarów Atlantyku płynęły w okresie tarła rzekami w górę, by jak najbliżej źródeł złożyć ikrę. W tej rzece proces rozmnażania musiał być szczególnie nasilony, więc nazwano ją od tej ryby Łososiną.
Nie należy ona do głównych rzek karpackich, wpadających do Wisły, jednak była na tyle znacząca, że nazwę od niej przyjęły dwie założone nad jej brzegami wsie. Mamy więc Łososinę Górną i Dolną. A także Pasmo Łososińskie – długi beskidzki grzbiet ciągnący się od Laskowej i Młynnego przez kulminacje Sałasza, Jaworza i Chełmu, aż po Białowodzką Górę nad Dunajcem.
Można też dodać, że most na Łososinie w Ujanowicach jest w nawigacji punktem VFR dolotu do lotniska Aph od zachodu. 
Dla turystyki lotniczej nie jest może dolina Łososiny tak atrakcyjna w przelocie, jak dolina Dunajca z jeziorami Rożnowskim i Czchowskim, niemniej prezentuje inny, krajobrazowo ciekawy wizerunek naturalnego piękna. A ja ze zdjęć wykonanych na przestrzeni dwudziestu paru lat zmontowałem nadłososiński fotoreportaż, który poniżej zamieszczam.


 Moderator 

2026-08-08
15 - 16 sierpnia w Łososinie !

No i wreszcie zbliża się termin jubileuszowego pikniku lotniczego, który w założeniach organizatorów urasta do rangi AIRSHOW. A jeśli już, to nazwa zobowiązuje. Będą więc samoloty historyczne cywilne i wojskowe, w tej kategorii też odrzutowce – Lim-2 (Mig-15) i TS”Iskra”, ale gwiazdą pierwszej wielkości będzie jednak zapowiedziany autentyk – P-51D „Mustang”, najlepszy samolot myśliwski II wojny.
Te trzy typy wymienionych maszyn zobaczymy w Łososinie tylko w powietrzu podczas niskich przelotów, pozostałe będą operować z lotniska Aph i większość da się obejrzeć z bardzo bliska. Co więcej ? 
Coś zaprezentuje wojsko (szczegółów nie znam) poza tym akrobacja indywidualna i zespołowa – Czepiela, Kasperek, Kielak, Szarawara, łososiński zespół Fire Birds i Flying Dragons Team (nocą) … i jeszcze , jeszcze ... Ostatecznego kształtu programu pokazów jeszcze oficjalnie nie ogłoszono.
O przebiegu zdarzeń można przekazać na dzisiaj tyle, że sobotnie pokazy – (blok dzienny) zamkną się w czasie godz. 12.00 – 19.00.
Blok wieczorny – loty o zachodzie słońca w godz. 19.30 – 20.30.
I wreszcie nocne „show” … !!! …?|
W niedzielę 16 08 26 mniej więcej to samo w godz. ok. 14.30 – 20.00. Tylko już bez nocnego pokazu.
A w międzyczasie koncerty, spotkania z pilotami, msza z kazaniem, przemarsze i jarmark cudów dla publiczności. Cytując klasyka - Będzie się działo !
Rzecz jasna, czynny udział w programie wezmą koledzy ze Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego w maszynach jakie są w dyspozycji – ich zdjęcia w galerii niżej.

Moderator

2026-08-07
Na tle takiej dekoracji ...

W lubianym powszechnie serialu „Rancho” jest taka scenka -
Do czwórki ławeczkowych podsklepowych nicponiów podchodzi gorliwy w duszpasterstwie nowy wikary i dyplomatycznie nawiązuje do sytuacji
- Bo mnie się wydaje, że wy miewacie problem z alkoholem …
- Tak, proszę księdza, zdarza się – odpowiada grzecznie jeden z siedzących – ale zawsze w końcu ktoś pomoże i postawi.
Analogicznie do sytuacji i ja miewam szczęście – gdy zbyt długo nie mam materiału ani pomysłu na tę stronę, zawsze znajdzie się ktoś, kto niekoniecznie „postawi”, ale pomoże.
Dorota Kowalska z Limanowej zajmując się od lat zawodowo i amatorsko wykonywaniem zdjęć o różnej tematyce, do perfekcji doszła w fotografii krajobrazu – dziedzinie ambitnej i wymagającej wysiłku, także fizycznego, bo dla efektu trzeba się dużo nadreptać po wertepach.
W 2024 roku, nie będąc fanką lotnictwa, znalazła się na Pikniku Lotniczym w Nowym Targu. Pogoda w Tatrach stanowiących tło pokazów była tego dnia wyzwaniem dla utrwalającego obraz wydarzeń. Efekt prezentuję niżej. Zdjęcia mają tę samą wartość po dwóch latach, co po dwóch godzinach. Zresztą ocenę pozostawiam PT gościom stroniczki.
Jeszcze jedno … Powie ktoś – No dobrze, ale znane nazwiska w fotografii lotniczej należą albo do lotników, albo innych „lotniskowców” dysponujących wiedzą, doświadczeniem etc.
Temu odpowiem – Wojciech Kossak nie musiał być koniem, by je umieć perfekcyjnie malować.
A Koleżance Dorocie gratuluję. I dziękuję !

ZbS

2026-07-24
C.D. - Chmury, chmurki, pejzaże i miraże

Żywioł powietrza cechuje ciągła dynamika zjawisk wizualnych ; meteorologia próbuje je jakoś usystematyzować. Trudno nazwać coś o kształcie tak przemiennym jak cirrus czy chmura gradowa, stąd w terminologii tyle określeń poetyckich, którymi  lepiej się określa rzeczy nieuchwytne.
A generalnie chmury podzielono na trzy główne kategorie – niskie ( do 2 km - przede wszystkim cumulusy) średnie i wysokie – pierzaste cirrusy występujące na wysokości od 6 do 12 km lub wyżej.
Trochę więcej o tym wszystkim w komentarzu przy zdjęciach w galerii. Trochę mi się materiału na temat przez lata zebrało. Może cokolwiek z tego prócz mnie jeszcze się komuś spodoba.
Tekst i zdjęcia  ZbS


 

2026-07-16
Mgły, chmury, obłoki ...

Atmosfera jako ciało fizyczne jest żywiołem przejrzystym i niezwykle ruchliwym, co byłoby niezauważalnym dla oka, gdyby nie związana z nią zawiesina wody (i innych „zanieczyszczeń”) nie tylko urozmaicających niebo, ale i określających stan pogody i towarzyszące zjawiska atmosferyczne – korzystne lub nie. czy wręcz groźne. Meteorologia (meteoron gr. unoszący się w powietrzu) badająca zjawiska i procesy zachodzące w atmosferze nie mogła pominąć zainteresowania zachmurzeniem, powstała więc systematyka chmur uwarunkowana ich kształtem, charakterem wysokości występowania od powierzchni ziemi aż po mezosferę (obłoki srebrzyste)
Będąc w dziedzinie dyletantem, ale posiadającym w dorobku fotograficznym trochę interesujących (?) zdjęć na temat z różnych miejsc przy różnych okazjach, spróbuję się nimi podzielić na tej stronie – chmury z bliska czy daleka to nieodłączny element świata lotnika.
Ponadto zjawiska atmosferyczne – niezależnie czy są symptomem ładnej, czy niebezpiecznej pogody – to także wartość estetyki.

ZbS

2026-07-14
Zrzutowisko "Sojka" - 2016

Gmina Słopnice w pow. limanowskim od lat uroczyście obchodzi rocznicę alianckiego zrzutu zaopatrzenia dla AK na placówkę o kryptonimie „Sójka” w 1944 r. Niemal od początku obchodach uczestniczą samoloty z Łososiny Dolnej ( SLE i APh)
Załączam fotoservis z udziału w słopnickich uroczystościach naszych kolegów w roku obecnym – 12 lipca polecieli Janusz Miś w Jaku-18, a w Iskierce Andrzej Sarata i Krzysztof Bartoszewski, który na zdjęciach cały przelot udokumentował.
Oczywiście na imprezie działo się więcej, również na niebie  ;  ja tu ograniczam się do zdjęć otrzymanych.

2026-07-12
Szumnie, górnie, durnie ...

Przy obróbce starych zdjęć z przeszłości Aeroklubu Podhalańskiego, najczęściej bez dodatkowej informacji, można snuć domysły na temat okoliczności ich wykonania w oparciu o historyczną wiedzę i niewiedzę – skłaniającą ku wyobraźni, oczywiście w granicach prawdopodobieństwa. To taka terapia przy sposobności, bo robota żmudna, więc niech urażliwych nie bulwersuje słowo „durny” w tytule – odnosząc się do podmiotu nominowanego Podhalańskim, wolno posiłkować się słownymi regionalizmami ; podhalański „durny” znaczy tyle co „dumny”; np. Durny to czwarty p.wzgl. wysokości (2632 m) szczyt w Tatrach.
Szybownictwo w Sądecczyźnie datuje się od 1932, kiedy w sądeckich Warsztatach Kolejowych (zdjęcia) grupa szalonych wizjonerów zbudowała kilka szybowców, a Szkoła Szybowcowa w Tęgoborzu rozwinęła się do 1939 roku imponująco. Reaktywowana w 1946 r przez przedwojennych instruktorów i ludzi dobrej woli (wśród nich patron dzisiejszego APh Leopold Kwiatkowski) mimo imponującej państwotwórczej nazwy (Ministerstwo Komunikacji - Departament Lotnictwa Cywilnego - Szkoła Szybowcowa w Tęgoborzu) żyła tylko do 1951 r.
Oczyma duszy widzę tę chwilę osobliwą. I słyszę :
Ludu latający miast i wsi !
Pod przewodnią siłą naszej partii i w ramach współzawodnictwa pracy w ciągu pięciu lat wyszkolono w Tęgoborzu 394 pilotów, wykonano 6385 lotów, uzyskano przewyższenie 3150 m, uzyskano 1 srebrną odznakę szybowcową, zbudowano 1 hangar dla 27 szybowców etc.etc.etc. …
I z wyrazami najwyższego uznania od zjednoczonego w sojuszu robotniczo-chłopskim ludu pracującego dokonujemy aktu zamknięcia szkoły szybowcowej. Niech się święci sława bohaterów pracy socjalistycznej !

Tu następuje wyłączenie mikrofonów transmisji przez Polskie Radio i głos zabiera likwidator płk Janusz Przymanowski. Tak - ten sam :
Zbiorowisko obcych idei marksizmu-stalinizmu złogów do likwidacji !
Te Jeżyki na patyki, tę Grunaukę na podpałkę! Wyciągarkę na żniwiarkę, Schulgleitery też hitlery, a pilotów do omłotów w PGR-ach, SKR-ach… Uczniowie do domu, Kwiatkowski - do kamieniołomu !

I na 5 lat nastała na Jodłowcu cisza mierzona krokami zbrojnego strażnika wokół pustego hangaru.
1956 rok przyniósł gomułkowską „odwilż”, a szybowce przeniósł z gór w doliny. Postęp. Szybowce w żywioł powietrza zaczęto wysyłać nie z pomocą gumy lecz wyciągarki lub samolotu holowniczego. Szkolenie w locie już tylko na dwusterach z instruktorem. 
Powołany w miejsce szkoły szybowcowej sądecki aeroklub przyjął w nazwie przymiotnik „Podhalański”. Z Tęgoborza do granic geograficznych Podhala jest 50 km, ale granic ideowych nie wyznacza mapa, a przynależność do Podhala od stu lat nobilituje. Co prawda taką nazwą nosił już aeroklub w Nowym Targu, ale chętnie ją odstąpił, by przyjąć jeszcze bardziej górną i du...mną – Tatrzański.
Aeroklub Podhalański rozgospodarował się w bliskim Tęgoborza Kurowie, na rozległym błoniu w zakolu Dunajca. Miejsce uzyskano łatwo, bo w międzyczasie powstało sztuczne Jezioro Rożnowskie, którego cofka sięgała Kurowa i przy pełnym stanie zbiornika większą część lotniska kryła woda – w okresie jesienno-zimowym permanentnie, latem sporadycznie. Były i minusy dodatnie tej przypadłości - szczegóły na załączonych zdjęciach.
W 1960 roku urządzono jednak z pomocą wojska nowe lotnisko w Łososinie Dolnej, gdzie żaden zalew, wyłączając katastrofalną powódź 1997, nie groził. Na szumne otwarcie wylądował w chmurach kurzu samolotem Li-2 gen. Jan Frey-Bielecki, dowódca lotnictwa wojskowego, postać historycznie oceniana bardzo różnie (patrz choćby Wikipedia) za którym jednak ciągnęła się legenda o rzekomym rozkazie zbombardowania sowieckiej kolumny pancernej ciągnącej w Październiku 56 na Warszawę.
Mój kolega, który był na owym otwarciu Łososiny Dolnej, relacjonował, że generał z samolotu wysiadł samotnie, co miało sugerować, że i samodzielnie przyleciał. Potem jeszcze wylądował i wystartował odrzutowy Mig-15, łososińskie pole wzlotów było wtedy większe niż dziś, a jakie dokładnie trudno dociec, nawet załączony plan ilustruje to przedziwnie.
Z Kurowa przenoszono się niespiesznie. W I poł. lat 60-tych urządziliśmy z Limanowej w te strony  kilka rowerowych wypraw na rowerach. Do Łososiny Dolnej – przez Łososinę Górną - jechało się miło, bo w dół, kawałkami nawet po tzw. „asfalcie”. Na „wielkiej łące” zamiast samolotów widać było kilka koni upadającego PGR-u, który na bramie byłego dworu wielkimi literami oznajmiał się jako „Zakład Hodowli Elitarnej Zwierząt w Łososinie Dolnej”. W Polsce Ludowej czasów siermiężnego Gomułki epitet „elitarny” był niezamierzonym (chyba) szyderstwem politycznym. Z tegoż Gomułki, który na widok prototypu zupełnie nieprzaśnej Syreny - Sport wpadł w delirium.
Tachało się więc sapiąc i częściej prowadząc rower, na Just ; obowiązkowy popas z ówczesnym widokiem rozległości błękitu wody w dolinie i szaleńczy zjazd do Tęgoborzy, serpentyna szosy miała ze trzy razy więcej zakrętów niż dzisiaj. I dalej na lotnisko za długim mostem kurowskim, już na miejscu dobrze było ukłonić się znanemu z widzenia szefowi aeroklubu i zapytać czy można ?
Pozwalał pooglądać z bliska, a nawet pomacać.
I tyle słów na niedzielę jutrzejszą, zanudzonych przepraszam, wyrozumiałym dziękuję.

Zb. Sułkowski


 


 

2026-06-13
Zmarł Jerzy Mularczyk

Z głębokim żalem przekazujemy informację o śmierci inż. Jerzego Mularczyka – wielkiego sympatyka i przyjaciela naszego stowarzyszenie SLE.
Już za życia w "środowisku lotniczym" stał się legendą, ale w historii naszego Stowarzyszenie ma On szczególne miejsce. To on 1995 roku stanął, jako "główny konstruktor" na czele zespołu kilkunastu inżynierów, którzy podjęli się zaprojektowania latającej repliki samolotu RWD-5 w ramach akcji "Zbudujmy razem RWD-5", rozpoczętej przez nasze stowarzyszenie z inicjatywy Eugeniusza Pieniążka.
Pięć lat mozolnej pracy inżynierskiej, tysiące społecznie przepracowanych godzin. Efekt: oblot samolotu w 2000 roku, który przez kolejne 25 lat uświetnia swoimi lotami pokazy lotnicze w Polsce i przypomina o chlubnej karcie historii polskiego lotnictwa.
Dla pana Jerzego konstrukcje z wytwórni RWD miały szczególne miejsce w jego sercu. Zaprojektował również RWD-8 oraz rozpoczął tworzenie dokumentacji do RWD-6, -4 oraz -3. W środowisku lotniczym był znany jako "Mularczyk vel RWD".
Pan Jurek był "tytanem" pracy ale jednocześnie człowiekiem pogodnym i wielkiego humoru. Gdy jednak trzeba było podejmować decyzję potrafił być stanowczy, zawsze opierał się na wiedzy technicznej i doświadczeniu. A tego mu nigdy nie brakowało, ponieważ całe swoje życie spędził w "branży lotniczej".
Był absolwentem Politechniki Warszawskiej, Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa - z czego bardzo był dumny, ale jak sam przyznawał "wiedzę zgłębiał dokładnie, dlatego zajęło mu to 8 lat". Był Szefem Technicznym w Aeroklubie Polski i do jego zadań należało odbieranie nowego sprzętu lotniczego dla Polskich Aeroklubów, czy to szybowców z zakładów SZD w Bielsko-Białej czy samolotów z PZL Okęcie, z którym to zakładem związał się następnie zawodowo na wiele lat, prowadząc Laboratorium Prób Statycznych PZL Okęcie.
Był pasjonatem i społecznikiem. 1965 zainicjował i założył modelarnię lotniczą przy SBM "Politechnika" w piwnicy przy ul. Etiudy Rewolucyjnej w Warszawie, przez którą przewinęło się około 500 osób rozpoczynających swoją przygodę z lotnictwem - jak wspominają jego wychowankowie. Trudno zliczyć ilu z nich zrobiło licencję pilota, czy to sportowego czy zawodowego. Ilu z nich zostało inżynierami, technikami czy .. redaktorami, czy choćby pasjonatami już na zawsze związanymi z lotnictwem - bo jak sam mawiał: "tego bakcyla się nie da wyleczyć! a nasze rodziny są ... Ofiarami Lotnictwa".
Wspierał wiele inicjatyw i przedsięwzięć lotniczych, jak choćby projekt budowy latającej repliki PZL P11c czy rozwój rodziny samolotów AT - Tomasza Antoniewskiego.
Nigdy nie odmawiał pomocy. Kiedy w 2021 na dobre rozpoczęliśmy naprawę naszego RWD-5R mieliśmy z nim wiele spotkań i godzin na telefonie, ustalając zakres niezbędnych prac i odszukując niezbędną dokumentację. Bardzo go cieszyło, że udało się nam przywrócić do lotu samolot i to w rocznicowym roku 2023, w historycznym malowaniu "atlantyckim". Jak sam kiedyś powiedział: "RWD-5R to jego trzecie dziecko"!
Choć sam siebie nazywał "nielotem" to w młodości ukończył szkolenie szybowcowe do III klasy i od czasu do czasu dawał się zaprosić na jakiś krótki lot samolotem.
Jego pokój-pracownia, był niewielki, wypełniony książkami, elementami lotniczymi i deską kreślarską, przy której spędzał całe dnie.
Choć był bardzo człowiekiem wykształconym, oczytanym i można było z nim rozmawiać na różne tematy, to lotnictwo zawsze pozostawało w centrum jego największych zainteresowań - jego żona zwykła nawet mawiać: "że był zdziwiony, że jak się urodzili jego dwaj synowie to że nie mają ogonów i śmigiełek!".
W ciągu swojego życia wielokrotnie zmagał się z wieloma groźnymi chorobami odnosząc zwycięską walkę. Niestety, pod koniec lutego tego roku uległ niefortunnemu upadkowi i doznał złamania. Choć operacja się powiodła, to jego stan zdrowia znacząco zaczął się pogarszać. Zmarł 27 maja 2026r.
Pan Jerzy pozostanie na zawsze w naszej pamięci, solidnie sobie na to zapracował tym wszystkim, co od niego otrzymaliśmy i czego mogliśmy się nauczyć.
Składamy szczere kondolencje dla synów Pana Jerzego, Krzysztofa i Rafała.

 

Msza Święta Żałobna zostanie odprawiona w dniu 02. 06.2026 roku o godzinie 10:00, w kościele parafialnym pw. św. Anny w Grodzisku Mazowieckim, po której nastąpi odprowadzenie na cmentarz komunalny (nowy) Szczęsne.

 

Michał Urbańczyk

Zdjęcia poniżej w większości z archiwum rodzinnego państwa Mularczyków


 


 

2026-05-28
Ornitologicznie przyjazne

Ciekawym, czy macie już państwo ekspertyzę ornitologiczną domu ? Taki przepis–nakaz prawny istnieje i choć bardziej na papierze, to jednak przed generalnym remontem musicie uzyskać specjalny certyfikat, jeśliby w zakamarkach budynku mieszkał rzadki gatunek chroniony ptaka lub nietoperze – wiadomo, że to szwagry diabła, ale wszystkie chronione i owa „ptasia” ustawa też je obejmuje.
Chodzi tu o tworzenie przyjaznego dla ptaków środowiska, choć na ogół stworzenie samo decyduje, gdzie może bytować najdogodniej. Nasz przyjaciel Krzysztof ze Starej Wsi bolał, że mu dzikie świnie buchtują odludny ugór zakupiony na urządzenie lotniska, aż zwierzątka znalazły sobie lepszą przestrzeń życiową w mieście. No i stąd blisko do pytania o kwestię ptasią w podobnych okolicznościach.
Na lotniskach wielkich i ważnych, obsługujących odrzutowce, ptaki zwłaszcza te latające w stadach są intruzami stwarzającymi niebezpieczeństwo katastrofy ; zagrożenie to minimalizuje się natomiast na lotniskach klubowych czy prywatnych, gdzie operują małe samoloty śmigłowe i szybowce. 
Zdjęcie winietka artykułu z lotniska Włocławek – Kruszyn, gdzie podobnie jak w Łososinie Dolnej stoi stara „Iskra” w miejscu dostępnym dla wszelkich macantów. Jak widać, pomnikowy samolot zakwalifikował się też na „budkę” dla szpaków i to kilku rodzin jednocześnie. 
Z kilkunastu ostatnich lat zebrało mi się trochę okazjonalnych zdjęć ptaków z lotniska Aeroklubu Podhalańskiego ; oczywiste, że największa łąka w Łososinie jest atrakcją dla pewnych gatunków ptaków, te z kolei budzą zainteresowanie innych.
A generalnie relacja ptactwo – samoloty - ludzie lotniskowi przebiega bezkolizyjnie z nienachalnym zaufaniem wzajemnym.
Mający skrzydła winni żyć w zgodzie … /Tadeusz Schiele/

 

2026-05-26
70-lecie APh - c.d. Zdarzenia ...

Cóż napisać w tym ostatnim „odcinku serialu” na temat Aph, który zamieszczam, bo jednak zdjęć trochę mi się jeszcze zebrało ?
Aeroklubowi też się zebrało, tylko lat już 70. A mnie okrągławo też trochę – 30 lat bezpośredniego obcowania z lotniczą Łososiną, tak bardziej przez płot to zazierałem tu o wiele wcześniej. Wypadałoby i to, i to z jakąś refleksją podsumować. I to najlepiej tak, by lotniczą w końcu relację nieba i ziemi ująć godnie i z obowiązującym jubileuszowo optymizmem. I niebanalnie – tak bez “pokrywania cebuli złotem”.
I nawinął mi się w myśli ksiądz Pędziwiatr – naprawdę tak się nazywa – Jacek Pędziwiatr, prowadzący stronę internetową „Stacja Niebo”, na której próbuje językiem pojęć potoczno-młodzieżowych wyjaśniać zawiłości Nowego i Starego Testamentu z odniesieniem do historii i doświadczeń dzisiejszych. Czyni to na ogół interesująco, nawet z humorem. I jeszcze skojarzyło mi się niedawne (ale ten czas pędzi !) 60-lecie APh ubogacone wizytą sławetnego ministra od … ale o tym niżej.
U ks. Pędziwiatra, taką przypowieść z oczywistą nauką moralną napotkałem :
Ambitniejszy uczeń pyta rabina, że jak to jest, że jak się człowiek trochę wzbogaci, to często przestaje dostrzegać innych (jak Moryc z „Ziemi obiecanej” Reymonta, który „na ulicy już nie odkłaniał się tym, którzy nie dysponowali przynajmniej 20 tys. rubli”)
Rabin prowadzi ucznia do okna – Co widzisz ? – Ludzi, kobietę z koszykiem, dzieci, o ! Sąsiad … Następnie rabin ustawia ucznia przed lustrem – A teraz co widzisz ? - Siebie !
- Bo to jest tak – przez szybę widać dobrze świat, ale wystarczy ją pokryć odrobiną srebra i stanie się lustrem, w którym nie widzi się nic poza sobą.
Kończę – pisze dalej ks. Pędziwiatr – mądrości z ambony mądrością o wyższości szybownictwa nad lustracją.
I tym słowem na niedzielę również ja zakończę.

Zb. Sułkowski – tekst i zdjęcia

 

2026-05-10
70 lat APh - ludzie i zdarzenia - cdn.

Nie jest to nawet próba kroniki fotograficznej ostatnich trzydziestu paru lat życia Aeroklubu …
Jest to jedynie prezentacja kilkudziesięciu moich zdjęć zrobionych przy okazji lotniczych zdarzeń „niecodziennych„ i tych bieżących. Oczywiście, że wiele spraw istotnych zostało tu pominiętych, ale nie z powodu tendencyjnej wybiórczości, lecz prozaicznej nieobecności przy nich. W sumie daje to jakiś niepełny obraz tego, co się na lotnisku aeroklubowym w Łososinie Dolnej i w jego kręgu podarzyło i co może nie jest warte zapomnienia.
A na dziś życzę Aeroklubowi Podhalańskiemu nadal ludzi kompetentnych i ideowych (tak !- choć to pojęcie się obecnie bardzo zdegradowało) a związanym z Łososiną „Fire Birds’om” samych zaszczytów i wymyślenia przynajmniej jednej nie do wyobrażenia konfiguracji napowietrznej.
I jeszcze łososińskie też SLE … zobaczymy, co będzie. Niech więc będzie.

2026-05-01
Jubileusz 70-lecia APh cz. II - Trzeba zarabiać

Prezentuję kolejny zestaw moich  zdjęć  tematycznie związanych z dziejami Aeroklubu Podhalańskiego od lat 90-tych. Są dość różne pod względem jakości i treści, niemniej jakąś wartość historyczną stanowią.
Po transformacji w 1989 r aerokluby regionalne radykalnie zbiedniały - dotacje państwowe spadły do minimum. Trzeba było szukać bogatych sponsorów, tych jednak było mało. Wybuchło natomiast olbrzymie zainteresowanie społeczne lotnictwem. Na organizowane festyny (pikniki) lotnicze przybywały tysiące widzów, korzystających przy okazji ze stosunkowo  niedrogich lotów widokowych z możliwością robienia zdjęć, co za PRL było nie do pomyślenia. W Łososinie Dolnej położonej w bezpośrednim sąsiedztwie gór i dwóch jezior na Dunajcu przyjemnościowe latanie było atrakcją szczególną. Wychodząc - ściślej : wylatując - naprzeciw zainteresowaniu piloci Aeroklubu Podhalańskiego łatali także budżet na wyszukanych lądowiskach - pastwiskach w terenie, m.in. w Chełmcu k. N. Sącza, Starej Wsi k. Limanowej, Mszanie Dolnej, Zbludzy k. gorczańskiej Kamienicy i innych. W latach 90-tych przepisy na taki “hazard” jeszcze zezwalały.
Później pojawiła się szansa bardziej godziwego zarobku dla lotnictwa sportowego w akcjach rozsiewania szczepionki przeciw wściekliźnie lisów, bo możliwe to było tylko z powietrza. Aeroklub z Łososiny natychmiast się  zdeklarował, stopniowo wyspecjalizował i zaczął wygrywać przetargi na udział w akcjach “odwścieklania” na coraz większych obszarach. I to się bardzo opłaciło. I opłaca do dzisiaj.
Zamieszczam parę zdjęć z dwóch “akcji lisy” - w 2007 i  2011 r.  Sześciogodzinne  tury lotów samolotem An-2 nad terenami górskimi  były trudne i męczące  - i dla pilotów, i dla “siewców” lisich czekoladek, ale jakże przy tym piękne.

Tekst i zdjęcia     ZbS

 

2026-04-21
70 lat Aeroklubu Podhalańskiego - zdjęcia

Czas nie pyta, czas nie stoi …
Ledwo co obchodziliśmy szumne 60- lecie, a już Łososina Dolna szykuje kolejną okrągłą rocznicę lotniczej działalności. Póki co, wiosna raczej drepcze w miejscu, przedłużając lotniczy przednówek, więc myślę sobie – trochę zdjęć własnych z ostatnich dziesięcioleci mi się uzbierało, mogę wykorzystać też parę obcych i zaprezentować na stronie w pary tematycznych odcinkach.
Zdjęcia te nie zilustrują w pełni przeszłości aeroklubu nawet z bliskich lat, ale jakimś przyczynkiem do obrazu „skąd przychodzimy” dla jednych i wyrazem nostalgii dla innych być mogą.
No więc część I - Lotniska i maszyny, nie tylko te latające

 

Zdjęcia – w kolorze (i pseudokolorze) moje, czarno-białe ze zbiorów Aeroklubu Podhalańskiego

 

ZbS

 

Na zdjęciu obok  - Wilga holuje Pirata w stronę sąsiadującego z lotniskiem Chełmu  

2026-04-08
Habemus ...

Choć „nie ma złego, żeby na jeszcze gorsze nie wyszło” - jak głosi skarbnica mądrości narodowych, to jednak :
Annuntio vobis gaudium magnum – na koniec najdłuższego (rekord krajowy, olimpijski i Guinessa) zebrania sprawozdawczo-wyborczego mamy zarząd SLE.
Personalnie w części nowy, w idei kontynuacyjny, co akurat jest dobre. Brak listy obietnic pozwala na optymizm. 
Nowy Zarząd Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego ukonstytuował się następująco :

Piotr Wszołek - Prezes

Michał Lalik - Wiceprezes

Marek Pawlik - Wiceprezes

Szymon Tomaszewski - Sekretarz

Jerzy Majka - Skarbnik

Na zdjęciu dwaj byli wieloletni Prezesi, aktualnie udokumentowani Prezesi Honorowi SLE – Andrzej Sarata i Jerzy Kołodziej – oddalający się w chwale, ale i jakiejś nadziei, że nie na zawsze.
Działo się 21 lutego 2026 roku.

A licznik “czytalności” strony wybił w tej chwili 1177777 gości - aż 5 szczęśliwych siódemek na przyszłość. Niech !

 

2026-02-24
Nasi honorowi

Na zebraniu SLE 10 stycznia tego roku podjęto uchwałę o nadanie naszym byłym Prezesom - Jerzemu Kołodziejowi i Andrzejowi Saracie tytułu Prezesów Honorowych.
Poniekąd nasza sprawa wewnętrzna, ale godzi się o tym szerzej, bo dlaczego nie pisać o człowieku dobrze, gdy na to zasługuje.
Piszmy więc …
W kolejności alfabetycznej pierwszy -

                                     Jerzy Kołodziej

Mieszka w śródgórskich Wilczycach na Limanowszczyźnie, jego przodkowie na Ojcu kończąc, bacowali przy owcach na Hali Ćwilińskiej. Za czasów młodości Jurka owczarstwo w Beskidzie Wyspowym zanikło, ale rodzinna tradycja wierchowania na pasterskiej wysoczyźnie (1072 m n.p.m. ) - dużo powietrza wokół, a chmury czasem poniżej – skierowała go w stronę lotnictwa. Zdobył uprawnienia mechanika lotniczego i licencję pilota sportowego. 
Gdy na pocz. lat 90-tych Eugeniusz Pieniążek z Januszem Karasiewiczem rozpoczęli w Bielsku-Białej produkcję historycznych niemieckich Jungmannów, nawiązał z nimi kontakt i współpracę. Poszerzywszy umiejętności, sam zbudował samolot, potem jeszcze dwa. Ostatni, zbudowany w 2011 r na podst. dokumentacji czeskiej, to dwuosobowy Tulak „R” ze stukonnym Rotaxem. 
Jest to jedna z konstrukcji Tomasa Podeszvy z Ujezdu na Morawach – producenta ultralightów, najczęściej kopii znanych samolotów w skali 7/8 – Tulak to replika samolotu z II wojny Taylorcraft Auster.
Samolot Jurka poza doskonałymi właściwościami lotu, „rzuca na kolana” pod względem oprzyrządowania, zwłaszcza nawigacyjnego.
            Zdarzyło się, gdy sprawdzał zamontowaną aparaturę ILS ( w uproszczeniu : lądowania bez widoczności) na jednym z lotnisk komunikacyjnych. Po wylądowaniu ustawił Tulaka na stojance i poszedł załatwić formalności. Mijanej grupce pilotów rzucił informację – Przećwiczyłem sobie ILS.
Że co ?!  -  popatrzyli na niego dziwnie, powstrzymując śmiech. Gdy wracał, mieli już inne miny – Zaglądnęliśmy do samolotu i zwracamy honor !
Funkcję Prezesa w Zarządzie Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego pełnił kolega Jerzy Kołodziej w latach 2015 -18, natomiast w okresach 2003 – 2015 i 2018 – 2025 był Viceprezesem d.s. Technicznych, co w praktyce oznaczało ciężką, permanentną robotę mechanika przy samolocie RWD-5R, później także Jak-18 i Piper Cub.
Gdy budował swoje samoloty, postęp pracy widać było na bieżąco, ogrom pracy mechanika przy samolocie niekoniecznie jest zauważalny okiem, a bez niej samolot nie poleci lub co gorzej poleci ostatni raz.
Raz Jurek poprosił kogoś z lotniska o jakiś “wysiłek pomocy” przed wylotem na jakąś lotniczą imprezę i usłyszał – No dobrze, ale co ja będę z tego miał ?
A Jurek odparł – Nie wiem, bo ja nigdy takiego pytania sobie nie zadawałem.
I była to uczciwa odpowiedź, bo SLE zawdzięcza Jurkowi za wszystkie lata bardzo wiele.

                    Andrzej Sarata

Od urodzenia ma dom w Tabaszowej pięknie rozciągniętej na wzgórzach nad sztucznym Jeziorem Rożnowskim. Od dziecka musiał go fascynować rozległy błękit wody między górami, z białymi przecinkami żagli, ale bardziej magnetyczny był widok na niebie samolotów i szybowców z pobliskiego lotniska Aeroklubu Podhalańskiego. Ale …
- Widzisz – zwierzał mi się – u nas w domu nie było bogato, swoje marzenia mogłem realizować znacznie później niż inni.
Transformacja przełomu lat 80/90 dla wielu była przekleństwem, dla innych szansą. Andrzej postanowił być po stronie szansy. Pomyślał do przodu i stał się uznanym przedsiębiorcą. Biznes biznesem, ale trzeba być wiernym temu, co kochałeś w dzieciństwie i wcale to nie takie łatwe … A więc szybowce, samoloty w aeroklubie i wreszcie – bo już można – własne. Samolot przydatny, gdy firma wykonuje roboty w odległych miejscowościach, ale przede wszystkim dla przyjemności latania swobodnego, turystycznego, krajoznawczego – jakby to nie nazwać -  „lotnik skrzydlaty władca świata bez granic …”
Trzeba i coś dla innych, w latach 2009 – 2017 Andrzej Sarata pełni z wyboru Funkcję Prezesa Aeroklubu Podhalańskiego. Pokonanie, a właściwie przekonanie zastanego epimeteizmu przynosi efekty - zastał 1 sprawny samolot, po dwóch jego kadencjach było ich 8, rozbudowano infrastrukturę lotniska, częściowo z finansów gminy, w której był radnym cenionym za wiedzę i doświadczenie w przedsiębiorczości.
W 2018 roku Andrzej zostaje Prezesem Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego z poważnym wyzwaniem – konieczności remontu RWD-5R po wypadku. Na przekór dość powszechnemu pesymizmowi pod jego kierunkiem i z pomocą kolegów ze stowarzyszenia samolot zostaje odbudowany. Bo Prezes SLE ma taką „śmieszną przypadłość”, że postanowienia zawsze realizuje – czy chodzi o sprzęt latający, czy nowy godny „legendy lotnictwa” pomnik nagrobny założyciela SLE Eugeniusza Pieniążka, czy ekspozycja ofiarowanego stowarzyszeniu przez Danutę Piotrowską przedwojennego śmigła Firmy Szomański. Czy jakieś inne przedsięwzięcia …
Posiada też Andrzej dar zjednywania ludzi - także tych o trudnym charakterze - i często z tego z pomyślnym skutkiem korzystał. Przykładów ze zrozumiałych powodów nie podam.  
Człowiekowi z autorytetem łatwiej różne trudne sprawy prowadzić, czasem i autorytet nie pomaga i trzeba sposobem. Tak bywało, gdy na imprezę lotniczą było więcej gotowych samolotów niż pilotów do ich poprowadzenia. I z tym też sobie poradził.
Andrzej Sarata pełnił zaszczytnie funkcję lidera w stowarzyszeniu zgodnie ze statutem do ostatniego walnego zebrania sprawozdawczo-wyborczego.
Które trwa.
Na życzenie Kolegów Stowarzyszonych zapisałem curriculum vitae  UHONOROWANYCH  - z dobrą intencją, nie wiem czy właściwie, ale uczciwie.

Zb. Sułkowski



 

2026-02-14
Wiatr furiat. I co dalej ?

Gdy Stanisław Józefczak w 1966 roku bił światowy i swój życiowy rekord, miał  27 lat, będąc już doświadczonym pilotem i instruktorem pilotażu w Nowym Targu. Miał na koncie wiele lotów wysokościowych na „tatrzańskiej fali”, w tym rekord Polski za osiągniętą na szybowcu Mucha 100 wysokość 11 860 m n.p.m. przy przewyższeniu 10 655 m. Ów drugi, lepszy wynik (12560 m n.p.m.) uzyskał na wyczynowym szybowcu dwuosobowym SZD-9 „Bocian”D w oznakowaniu SP-2029. Jako pasażera Józefczak zabrał swego ucznia pilotażu - 19-letniego Jana Tarczonia.
Wybrany termin lotu, 5 listopada 66 wydawał się niekorzystny, halny zanikał i inni szybownicy zrezygnowali ze startu. Ale on znał specyfikę tatrzańskiej aerodynamiki, znalazł wysoko w zenicie nie poddającą się rozmyciu chmurkę soczewki i uznał, że daje ona szansę.
Co i było. Były też kłopoty – na czterech tysiącach zamarzły prócz wariometru wszystkie przyrządy, wtedy Jasiu wyciągnął zza pazuchy prywatny wysokościomierz, który zabrał na wszelki wypadek i uratował sens dalszej walki o rekord.
Czytałem gdzieś przed laty, że „Bocian” SP-2029 miał specjalne uszczelnienia i ocieploną watą szklaną kabinę. W rzeczywistości szybowiec nie różnił się od innych. A na 10 000 m temperatura spada do -50 C. Pozostawało nałożyć jak najwięcej warstw odzieży, najgorzej miały stopy, bo duże cieplejsze buty nie mieściłyby się w pedałach sterów.
W naszej szerokości geograficznej na wys.10 km zaczyna się stratosfera, bardzo już rozrzedzone powietrze wymaga dotleniania lotników z aparatury i taką – butla ze sprężonym tlenem i maski na twarz - obydwaj oczywiście mieli. Ale przeprowadzone później specjalistyczne analizy wykazały, że na 12 tysiącach metrów byli oni już w „strefie śmierci” i zwykłe dotlenianie nie wystarczało, na tej wysokości tlen do organizmu wtłacza się pompowaniem. Inaczej gwałtownie zmniejsza się saturacja krwi i następstwa mogą być tragiczne. Jednym słowem chłopaki mieli szczęście. I rozum, który w pewnym momencie nakazał przerwać wznoszenie i przejść na hamulcach w szybki lot ku ziemi.
Potem już było dobrze i zasłużony splendor po oficjalnym zatwierdzeniu wyniku.
No cóż, nie za długo nacieszył się Stanisław Józefczak swoim szybowcowym rekordem, który na pobicie czekał aż 40 lat (!) W zrealizowanym w ubiegłym roku filmie dokumentalnym „Bocian nad Tatrami” emerytowany ppłk pilot Jan Tarczoń przekazuje okoliczności tragicznego zdarzenia w 1968 roku.
Na kolejnym etapie doskonalenia zawodowego Józefczak znalazł się w Krośnie jako instruktor szkolący adeptów na samolotach TS 8 „Bies”. W ramach szkolenia odwiedził z uczniem rodzinny Nowy Targ, zobaczył się ze znajomymi i zakupił buty w zakładowym sklepie miejscowego kombinatu obuwniczego. Pan Jan Tarczoń tak relacjonuje, co było dalej :
...odlatywał i tak mu góralsko-lotnicza fantazja podpowiedziała niezbyt dobrze, że machnął beczkę szybką na odlocie … maszyna „sypnęła się” w korkociąg … I tak się stało, że Staszek w „Biesie” wraz z uczniem zostali już w Nowym Targu.
Było to 27 VIII 68 roku (podaję datę z nagrobka w Nowym Targu, bo istnieją rozbieżności w przekazie) Pozwolę też sobie na osobisty komentarz odnośnie samego „lotu po buty”- były (są ?) jak zawsze różne opinie na ten temat.
Lot był ściśle związany z programem szkolenia samolotowego obejmującego również przeloty na większe odległości, wybór trasy należy do instruktora. Czyli wszystko było zgodne z przepisami. A same buty …
„ Mądrym dla memoryału, ydiotom dla nauki … „ to tylko cytat z „Nowych Aten” ks. Benedykta Chmielowskiego – pierwszej polskiej encyklopedii z XVIII wieku – co nie jest żadną aluzją w stronę czytających. Niemniej przypomnę – w całym okresie PRL panował permanentny deficyt towarów na centralnie sterowanym rynku, a niektóre artykuły były prawie nie do zdobycia. Pocieszeniem było istnienie ogólnodostępnych sklepów z wyrobami przy niektórych dużych zakładach. Sam z tego korzystałem, a zakupione tym sposobem na pocz. lat 80-tych nowotarskie buty turystyczne odrzucone z eksportu do Szwecji, służą mi w górach do dziś. A Józefczak w zamian mógłby przywieźć do N.Targu karton deficytowych szklanek – Krosno było ośrodkiem przemysłu szklarskiego i też miało swój sklep zakładowy, odwiedzany chętnie przez udających się w Bieszczady. 
Bo były to czasy skrzeczącej codziennej pospolitości i rewelacyjnych polskich szybowców – Muchy, Bociany, Jaskółki, Foki czy Zefiry zdobywały rekordy liczone w dziesiątkach.
Jak wiadomo, rekord Józefczaka długo trwał niepobity, próbowano go też kwestionować. Lot wykonany został przecież bez elektroniki, GPS i internetu, a wysokość nad poziom morza (lotniska) rejestrował prosty barograf wykresem amplitudy na „zakopconej” taśmie papieru i nie mógł być precyzyjnie dokładny. Ostateczny wynik ustalała urzędowa komisja ekspertów po uwzględnieniu dodatkowych czynników. Zresztą i aktualny rekord wysokościowy szybowców rejestrowany przez precyzyjne urządzenia elektroniczne w różnych źródłach podawany jest w liczbach różniących się nawet o kilkaset metrów, choć w większości przyjmuje się wielkość 23 300. 
Rekord ten ustanowiono na dwuosobowym szybowcu z hermetyzowaną kabiną „Perlan” II zbudowanym przez koncern Airbus na terenie USA, co jest swego rodzaju europejskim prztyczkiem w nos amerykański. „Perlan” II jest konglomeratem najnowocześniejszych osiągnięć z dziedziny elektroniki i technologii już o charakterze kosmicznym, bo i kosmosu chcą sięgnąć „Perlanem” jego twórcy. Kolejne rekordy bite są po startach w argentyńskiej Ziemi Ognistej – na grzbiecie Andów powstają fenowe fale niespotykanej wysokości, a prądy wznoszące są dodatkowo potęgowane przez tzw. wiatry wirowe wokół bliskiego bieguna południowego. I uważa się, że mogą one sięgać 40 km nad ziemię, a nawet więcej. Szybownictwo stratosferyczne wzlatuje ponad sferę fantastyki.
My w tej dziedzinie mamy, póki co, niewiele do powiedzenia. Ale coś pozostaje. Co ?
Za chwilę zmieni się kalendarz i będzie 60 lat od rekordu, nawet dwóch niepobitych rekordów Polski z 5 XI 1966 r. I na ten temat najwybitniejszy dziś polski szybownik Sebastian Kawa :
rekord St. Józefczaka stał się naszą inspiracją, by go poprawić, osiągając szybowcem ok. 13 500 m. Zdobyliśmy wysokościową aparaturę od F-16, butlę tlenową od nurków, wypróbowaliśmy na sobie sprzęt w lotniczej komorze ciśnień, działał jak trzeba ... i wyobraźcie sobie, przez dwa lata nie było wiatru halnego wystarczająco silnego, by podjąć próbę.
Ale nasz szybowcowy himalaista pociesza, że sprzęt ma w dalszym ciągu w domu, więc sprawa nie jest zamknięta.
No i jeszcze kwestia losów rekordowego autentyku SP-2029. W filmie „Bocian nad Tatrami” mówi o tym Stanisław Gradolewski, opiekun Koła Naukowego Lotników na Politechnice Warszawskiej -
 (Dowiedzieliśmy się) że Stowarzyszenie Lotnictwa Eksperymentalnego (oddział) w Kłobucku (!) zakupiło „Bociana” o numerach SP-2029… Był w strasznym stanie … ale powiedziałem sobie – zawezmę się i go kupię… 
No i po pomyślnym remoncie i oblataniu w roku 2011 szybowiec przez 5 lat był normalnie użytkowany w powietrzu. A obecnie jest nielatającym eksponatem przypominającym o spektakularnym wyczynie sprzed lat. 

Zb. Sułkowski

2025-12-11