Trzymając się tematu historii, nie tak dawnej, bo tegorocznej, ale też godnej odnotowania, zanotujmy prezentację akrobacji zespołowej w wykonaniu łososińskich Firebirds. Trzyosobowy zespół prezentuje coraz wyższą klasę precyzji i, co warto podkreślić, walorów artystycznych pokazu jako powietrznego baletu.
Kol. Krzysztof podczas pokazów 3 maja b.r. unaocznił to przy pomocy serii zdjęć fotograficznych sprawiających wrażenie stopklatek powycinanych z filmu. Proponuję zabawę - proszę dokonać jak najszybszego przeglądu zdjęć w galerii, poczynając od piątego w kolejności tak, by dało to efekt stroboskopowy. Dla mnie daje to wizualizację graficzną dobrego zgrania kilku różnych instrumentów muzycznych wykonujących wspólne dzieło.
I jeszcze mój (może nie tylko) problem – jak się nazywa ta „kolektywna” ewolucja akrobacji – dwóch uczestników w równiutkiej parze, z tym że nie skrzydło w skrzydło, a głowa do głowy, więc jedna „głową na dół” ; trzeci z zespołu ruchem spiralnym wykonuje coś, co mnie dawnemu kojarzy się jednoznacznie z karą nieregulaminową w wojsku PRL zwaną „dawać satelitę” lub „sputnika” – żołnierz musiał biegać dookoła maszerującego oddziału. Co w końcu dla postronnego widza też mogło być interesującym spektrum.
Pierwszy raz widziałem – nie „dawanie sputnika”, lecz akrobację – w 2008 roku w Mielcu w wykonaniu zespołu Red Bull, sprawozdawca nazwał to „beczką Apaczów” , nigdzie potem ani w internecie, ani w dostępnej literaturze z tym określeniem się nie spotkałem, jak i z żadnym rzecz nazywającym. Jak uczy Pismo - co nienazwane, nie istnieje, więc jak ktoś wie, niech poratuje.
Beczka w terminologii lotniczej już jest - czy jako szybka, autorotacyjna, czy wolna sterowana – chyba najtrudniejsza figura akrobacji - czy jeszcze „akcentowana”. Więc nawet dla tak pojemnego w pojęcia słowa „beczka” byłoby dosyć. Dobre byłoby „Jak wywinę tomahawkiem”, ale może przydługie.
ZbS